poniedziałek, 24 marca 2014

Wiosenne top 10

Wiosna to czas, w którym nawet najgorsze obowiązki zyskują nieco więcej mojej sympatii. :) Pogoda za oknem daje mi taką dawkę energii, że mogłabym spokojnie kogoś nią obdarować.

Wiosna kojarzy mi się z radością, tęczą barw i beztroską, pomimo wielu spraw na głowie.

Dziś przychodzę więc do Was z listą ulubionych wiosennych produktów. Podzieliłam je na 10 kategorii. Starałam się wybierać takie rzeczy, które jednocześnie są bardzo dobrej jakości i kojarzą się z obecną aurą.

1. SZMINKA

Moim ulubieńcem wiosennym w tej kwestii jest szminka Neo Chic od Oriflame. Nie dość, że ma piękne, dziewczęce opakowanie, to jest bardzo dobrym kosmetykiem. Po pierwsze, nawilża usta, pozostawiając je gładkie i miękkie. Po drugie, jest taka trochę połtransparenta, co dla mnie jest idealne.






2. PERFUMY

Jak wiecie uwielbiam perfumy Si, ale uważam, że jest to dość ciężki zapach, bardziej nadający się na wieczór bądź na zimę. Dlatego też na wiosnę wybieram lekki, świeży i rześki zapach Salvador Dali Eau De Ruby Lips. Zakochałam się w nim od pierwszego powąchania. 




3. CIENIE

Nie używam ich za często, ale ten urzekł mnie swoją funkcjonalnością. Możemy zastosować go na całą powiekę, jak i zrobić nim tylko kreskę. Do tego piękny, żywy, wiosenny kolor. Maybelline Color Tattoo Tuquoise Forever to jest to! :)





4. KREDKA DO OCZU

Nie potrafiłam się zdecydować. Przedstawiam Wam dwie: jedna od Oriflame z dwiema końcówkami w nasyconych odcieniach emeraldu i morskim, druga MIYO - kobaltowa. :) Obie są miękkie, dobrze rozprowadzają się po powiece. Ich trwałość również zasługuje na uznanie.





5. DODATKI

Moim ulubionym wiosennym dodatkiem jest biżuteria: najlepiej w żywych kolorach. Bransoletki poniżej lubię ze sobą łączyć (Lilou / Cropp / no name / Avon). Kolczyki (od E.<3) oraz pierścionek (Avon) dodają elegancji oraz subtelności. Oczywiście nie noszę wszystkiego naraz! :)







6. RÓŻ

Od dawna jestem wierna marce Paese. Tym razem używam brzoskwiniowego różu z olejem arganowym. Uwielbiam go za wszystko: za trwałość, kolor, zapach. :)




7. PUDER

Już Wam go kiedyś pokazywałam. W końcu zmieniłam mojego ulubienca CC od Lumene na niego. Dlaczego? Get even od Benefit wydaje się lżejszy. Idealny na wiosnę. Poza tym kolor jest taki jaśnisieńki - cera wydaje się zdrowsza i bardziej wypoczęta. Dobrze kryje, nie wysusza. Hit! :)




8. BALSAM

Jak pielęgnacją to tylko z Tołpą i Dermedic. Tym razem coś od tej pierwszej firmy. Pięknie pachnący, nawilżający sorbet ujędrniający. Gdy aplikuję go na ciało, przenoszę się na jakieś tropikalne wyspy. Cudo! :) Lekka konsystencja, dobra wydajność. Czego chcieć więcej?:)



9. LAKIER

A raczej lakiery! Nie potrafię zdecydować się na jeden. Uwielbiam zmieniać manicure. Uwielbiam, jak jest nietuzinkowy i barwny. Idealne kolory na wiosnę? Wszystkie. Dziś pokażę Wam te, które odzwierciedlają mój dzisiejszy nastrój. Króluje Golden Rose, Essie oraz Paese. Trwałość produktów jest różna, ale łączy je jedno - piękne kolory!


10. COŚ DO DOMU

Oczywiście, że Yankee Candle! Wosk Garden Sweet Pea w pięknym kolorze, o cudownym zapachu świeżych kwiatów. Umila mi wieczory i poranki (bo woń wypełnia pokój i czuć ją nawet na drugi dzień).




Znacie któregoś z moich wiosennych ulubieńców? A czego Wy używacie wiosną? Macie takie produkty, które używacie tylko o tej porze roku? :)


PS Wybaczcie nierówny rozmiar zdjęć. Blogger i tak uniemożliwiał mi dodanie tego wpisu przez półtorej godziny. :(
Czytaj dalej »

piątek, 21 marca 2014

Korektor Maybelline Instant Anti-Age Effekt

Nigdy specjalnie nie potrzebowałam maskować cieni pod oczami. Nie zwracałam szczególnie na nie uwagi (ale nie mam też jakichś wielkich sińców).
Przełom nastąpił, kiedy obejrzałam filmik Maxineczki dotyczący makijażu na pół twarzy. Pomyślałam wtedy: wow! ile ten korektor może zdziałać!
Postanowiłam zaopatrzyć się w to, co autorka filmu polecała (Collection Lasting Perfection).
Niestety dostępność produktu (nawet na allegro) była wtedy bardzo słaba. Skusiłam się więc na inny produkt, równie zachwalany na blogach, o którym dziś wspomnę kilka słów.

Na początek przyjrzyjmy się opakowaniu:


Produkt znajduje się w szklanej buteleczce o pojemności 6,8 ml. Jego aplikacja nie jest tradycyjna. U góry butelki znajduje się aplikator-gąbeczka, który dozuje odpowiednią ilość produktu po przekręceniu tego bordowego elementu, który widzicie na zdjęciu. :)

Bardzo pomysłowe rozwiązanie, choć przyznam, że w wyniku tego zatyczkę korektora trzeba bardzo często wycierać.

Dzięki temu, że opakowanie jest przezroczyste widzimy, ile produktu zużyliśmy.



Działanie:

- kryje cienie na bardzo dobrym poziomie;

- nie przesusza delikatnej skóry pod oczami;

- maskuje wypryski i inne mankamenty;

- niestety lubi czasem zebrać się w załamaniach - nie wiem od czego to zależy: czasem to robi, czasem nie;

-  idealnie stapia się ze skórą (ja mam odcień nr 03 FAIR);

- dzięki niemu moje spojrzenie staje się żywsze i zdrowsze;

- dodatek owoców Goji i Haloxylu redukuje cienie i pozwala sińcom zniknąć.

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to jego dostępność. Niestety nie kupimy go w sklepach stacjonarnych. Ja swoją sztukę nabyłam na allegro w bardzo przystępnej cenie - 19,90 zł + przesyłka.


Niestety nie pokażę Wam efektów na twarzy, ponieważ mój aparat tego nie ogarnia. :) Ale uwierzcie mi na słowo - jest dobrze, choć nie ukrywam, że wciąż szukam ideału! :)



Z przyjemnością wystawiam mu 5 z uśmieszkiem. :)

A Wy jakich korektorów używacie? Macie już swoich faworytów?
Czytaj dalej »

poniedziałek, 17 marca 2014

DIYOWY Dwufazowy płyn do demakijażu od Smykusmyka | ECO SPA

Wracam po kolejnej przerwie. Próbuję być systematyczna, ale ostatnio nijak mi to wychodzi. Praca
z siedmiorgiem uczniów tygodniowo, przynajmniej 2 razy w tygodniu, daje mi się we znaki. Nie mam po prostu na nic czasu. A gdy juz odrobinę się go znajdzie, siadam i nie mam weny.

Do tego dochodzą sytuacje, których nie mogę przewidzieć, jak mój nieznośny komputer czy to, co spotkało mnie wczoraj.

Otóż, jakieś dziecko (dzieci?) od kilku miesięcy świetnie się bawiło na koszt mojej młodszej siostry - to znaczy używało jej wizerunku (zdjęć z facebooka m.in.) do tworzenia własnego. Najlepsze w tym jest to, że były dwa fałszywe konta: jedno ze zdjęciami mojej siostry, drugie - ze zdjęciami jej dobrego kolegi. Oba konta łączyło jedno - związek tych dwóch podszywających się osób (o ile można mówić o związku internetowym:D).

Wiem, wiem, jest to bardzo zawiłe. Trudno w ogóle coś takiego wymyślić, niestety - zdarza się. Oczywiście, mimo że konta są już zdezaktywowane, myślę, że sprawę należy zgłosić dalej, coby dzieci nie myślały, że są w internecie bezkarne i anonimowe.


No dobrze, trochę się wygadałam, wylałam z siebie gar frustracji... :) 
Wracam z recenzją bardzo ciekawego produktu, do którego podchodziłam dosyć sceptycznie - może nieco się go obawiałam.


Pod koniec listopada miałam wielką przyjemność uczestniczyć w Igraszkach Kosmetycznych (jezu, wiem, nie zrobiłam relacji, co jest wielkim grzechem, ale postaram sie to w jakiś sposób naprawić). Oprócz tego, że dowiedziałam się naprawdę ciekawych rzeczy, dostałam do testowania produkty, które wypełniają ostatnio moją "toaletkę" (prowizorkę oczywiście, mam nadzieję, że kiedyś się dorobię takiej z prawdziwego zdarzenia:P).

Jednym z produktów, który wpadł mi w ręce, był Dwufazowy płyn do demakijażu zrobiony przez mistrzynię DIY Smykusmyka.

Korzystając z informacji zawartych na jej blogu, dodam, że przepis na owy produkt wymyślony został przez Pana Artura z firmy ECO SPA. Składniki do wykonania tego produktu równiez pochodzą spod logo tej marki.

Jeśli chcecie zobaczyć, jak taki produkt zrobić samemu, zapraszam na blog Smyka tu (sprawdźcie sobie też asortyment sklepu Craft'n'Beauty, gdzie dziewczyny tworzą cuda własnoręcznie).


Płyn zamknięty jest w przezroczystej butelce z pompką. Przezroczystość jest jak najbardziej na plus, ale pompka, pomimo tego że jest bardziej higieniczna niż inne zamknięcia, mnie sprawia problemy - czasami produkt wylewa mi się poza wacik, więc trzeba bardzo uważać, bo zasięg pompki jest duży. :)

Kolejną sprawą techniczną jest naklejka informująca o nazwie produktu - niestety jest papierowa i się niszczy. Wiem jednak, że to nie ma tak naprawdę znaczenia, bo robiąc sobie taki płyn samemu, możemy użyć innych opakowań, naklejek itd., których sklepy diyowe (w tym ECO SPA) mają do wybgoru, do koloru.




Czas na sedno sprawy - działanie płynu.

Szczerze mówiąc, nie od razu miałam ochotę go użyć, ponieważ nie lubiłam (tak, czas przeszły) płynów dwufazowych. Miałam przykre wspomnienia po używaniu pewnych osobników tego typu. Sprawa się zmieniła za sprawą dwufazowca z L'oreal, który naprawdę jest godny uwagi, ale o tym wkrótce.

Warto dodać, że używałam tego płynu do demakijażu oczu.

Pierwszą rzeczą, którą należy przypisać temu produktowi, jest naprawdę świetne oczyszczanie. Potrafi zmyć każdy mój tusz, nawet ten, z którym micel z Biedronki sobie nie radził (swoją drogą, czemu im dłużej używam tego micela, tym bardziej szczypie mnie w oczy?!).

Po drugie, płyn z surowców ECO SPA pozostawia skórę pod oczami miękką, gładką i nawilżoną. Ale to nie jest tłusta warstwa, a przyjemne wygładzenie.

Po trzecie, jest bezpieczny dla skóry: nie podrażnia, nie uczula i nie obciąża (jak to tłuściochy mogą mieć w zwyczaju).

I bardzo ważne - jest wydajny. Używam go juz od jakiegoś czasu i końca nie widać. :)


po wymieszaniu


Dzięki temu produktowi zmywanie oczu nie jest dla mnie udręką. Nie muszę ich trzeć, nie muszę czekać pół minuty, aby produkt rozpuścił tusz. Jego działanie jest natychmiastowe. :)

Co do używania go na całą twarz - miałam opory. Nie przetestowałam go dogłębnie w tym kierunku, ale... 

Gdy którejś nocy byłam już tak zmęczona, że nie widziałam nic poza łóżkiem, użyłam go na całą twarz i...
nic złego sie nie stało. Żadnych wyprysków, zaczerwienień
Skóra była gładka i ukojona. I co najważniejsze - czysta
Nie wiem, jak sprawdziłby się u mnie na dłuższą metę w używaniu go na całą twarz, ale wierzę Smykowi, że sprawdza się na niej znakomicie. :)

Podsumowując, mogę z ręką na sercu przybić płynowi piątkę. :)

Miałyście do czynienia z kosmetykami robionymi własnoręcznie?
Czytaj dalej »

wtorek, 11 marca 2014

(Moro)wy manicure...

Powoli wracam do żywych. Komputera jeszcze nie mam, ale radzę sobie na różne sposoby. 
Ostatnie dni są dla mnie ciężkie. 
Po pierwsze dlatego, że wpadłam w wir udzielania korepetycji. Nie ma dnia, żebym nie spotykała się z jakimś uczniem. 
Wobec tego mam coraz mniej czasu na pisanie pracy magisterskiej.
Po drugie, mój wspaniały dysk zbuntował się i sformatował mi siedem lat zdjęć. Tak, siedem lat zdjęć. Do tej pory trudno mi w to uwierzyć, ale mąż mojej siostry robi wszystko, co w jego mocy, by mi to odzyskać.

Na szczęście zdjęcia na blog jakimś cudem ocalały... :)

Dlatego dziś coś odstresowującego - manicure moro, jak przystało na córkę żołnierza. :)

Manicure nie jest wymyślny, ponieważ nie mam szczególnych zdolności...

Dodam, że nie udałby się, gdyby nie kochana Aga z bloga Agnes Beauty, która podarowała mi lakier bazowy w prezencie (bardzo dziękuję!). 

Zgniła zieleń, którą zaraz zobaczycie na zdjęciach, podbiła moje serce. Zdaję sobie sprawę, że wiele z Was nie lubi zieleni na paznokciach. Ja należę do tego grona osób, dla których nie ma ograniczeń w barwach na pazurkach. 

Wszystko zależy od mojego nastroju. Tym razem chciałam przenieść się oczami wyobraźni na poligon... :) hehe.. :)

Do pomalowania wszystkich paznokci użyłam zielonego lakieru Paese (te lakiery chyba nie przestaną mnie zachwycać:D). Do plamek wykorzystałam Wibo w kolorze limonki oraz brąz z Oriflame. Całość utrwaliłam Seche Vite. Nawet udało mi się nim tak pokierować, że nie ściągnął mi lakieru. Praktyka czyni mistrza. :)

Przechodząc do rzeczy...








Manicure trochę z przymrużeniem oka. :) Do "sesji" wykorzystałam jedną z wielu odznak mojego taty.
Bo w naszej rodzinie moro to coś więcej niż zwykły wzór... :)

PS Co myślicie o takim motywie?:) Liczę na odrobinę wyrozumiałości.. :D
Czytaj dalej »

piątek, 7 marca 2014

Mniej niż zero...

Tytuł postu nie odnosi się oczywiście do jakości przedstawionych dziś produktów, lecz ilości. 
Domyslić się więc można, że ten wpis poświęcony będzie żużyciom ostatnich dwóch miesięcy.

Wiem, nie ma tego dużo. Po pierwsze, dlatego, że nie jestem w stanie przechowywać wszystkich opakowań po zużytych kosmetykach (mieszkam w bloku!:D), po drugie, lubię uzywać niektóre produkty na zmianę, np. płyny do kąpieli czy żele pod prysznic. Dobijanie dna jest więc zatem dla mnie wyzwaniem...:)


Nie chcąc Was dłużej zatrzymywać, przechodzę do sedna sprawy...

W ostatnim czasie wykończyłam jedynie produkty do pielęgnacji. Podzieliłam je na różne kategorie: kąpiel, mycie, twarz, higiena osobista, włosy. 



KĄPIEL

Produkty do kąpieli uwielbiam, dlatego też są one niezbędne w mojej łazience. W ostatnim czasie towarzyszyły mi nastepujące kosmetyki:


1. Olejek do kąpieli Tutti Frutti o zapachu brzoskwini i mango.
Zapach powalający, unoszący się w całej łazience. Ale produkt ten nazwałabym po prostu płynem - nie olejkiem. Nie jest tłusty, dobrze się pieni. Przyzwoity produkt za przyzwoite pieniądze (ok. 10 zł w Biedronce).

2. Ulubieniec w kwestii umilaczy kąpielowych - Olejek do ciała, włosów i paznokci z tureckiej łaźni termalnej Planet SPA! Mój hit. Niestety na razie nie widzę go w sprzedaży w katalogach Avonu. Pisałam o nim tu

3. Olejek o korzennym zapachu od Organique. Piękny zapach, ale właściwości nawilżające i natłuszczające nie powalają mnie na kolana. Ale za zapach z chęcią bym do niego wróciła, ale nie za taką cenę. Ponad 20 zł za taka małą buteleczkę?!

4. Znów Avon - tym razem olejek do kąpieli Egyptian Secrets - przyjemnie pachnie. Dobrze nawilża skórę, tworzy oka na wodzie - więc wiem, że jest olejkiem z krwi i kości.. :) Dosyć wydajny. Upolowany w promocji nie nadwyręży portfela. :)

5. Olejek do kąpieli z Bielendy Afrodyzjak. Nie dałam się nabrać na ten chwyt marketingowy z afrodyzjakiem. Po prostu była na niego promocja (około 7 zł za dużą butlę). Pachnie przyzwoicie, ale moich zmysłów nie pobudza. :) Na pewno nie nazwałabym go olejkiem. Jest to raczej płyn do kąpieli. Fajnie się pieni i raczej żadnych właściwości nawilżających nie ma. Może trochę zmiękcza skórę.. Chyba że to efekt mojej półgodzinnej kąpieli.. :)

MYCIE



1. Kremowy peeling myjący Tutti Frutti o zapachu liczi i rambutanu. Bardzo przyzwoity produkt. Pięknie pachnie, dobrze myje, ale nie wiem, czy tak samo dobrze zdziera. Na pewno nie dorównuje swojemu bratu - peelingowi z brzoskwinią i mango. Nie zostawia tłustego filmu, który ja po kapieli lubię czuć. Konsystencja jest raczej kremowa, niezbita i dosyć rzadka.

2. Żel pod prysznic Lirene Soczyste winogrona - niska cena, piękny zapach, wygodna butelka. Wszystko w jak najlepszym porządku. Polubiłam się z nim. Z chęcią wypróbuję inne żele z tej serii. Delikatny zapach troszkę utrzymywał się na skórze. Produkt bardzo na plus. :)


HIGIENA OSOBISTA




1. Płyn do higieny intymnej LaciBios Femina - pisałam o nim tu.

2. Kremowy płyn do higieny intymej Intima od Ziaji. Do tej pory mój ulubieniec. Jednak teraz jego miejsce zajął chyba najlepszy płyn, jaki do tej pory uzywałam, ale o tym wkrótce. 
Intima dobrze spełnia swoje zadanie, nie podrażnia, nie wysusza okolic intymnych. Bardzo polecam.


TWARZ




1. Kolejne już opakowanie delikatnego żelu do mycia twarzy od Perfecty. Co tu duzo mówić - dla mnie perfekcyjny. :) Więcej o nim poczytacie w tym poście.

2. Oczyszczający peeling myjący do mycia twarzy z AA to dobry produkt. Należycie oczyszczał moją skórę, nie powodował jej ściągnięcia, ale wymagał zastosowania kremu. Nie podrażniał, pomagał mojej skórze wyglądac dobrze. Wspominam go z sentymentem. :)



WŁOSY (wszelkiego rodzaju:D)




1. Serum dodające blasku do każdego rodzaju włosów Avon - moim zdaniem cudów nie robi. Użyłam go kilka razy do zabezpieczenia końcówek i przejęła go mama. Nie było zachwytu, nie było efektu wow. Nie wrócę to niego.

2. Ukochany szampon od Joanny z olejem arganowym. Megawydajny, pięknie pachnący, dobrze pieniący się. Pielęgnuje włosy, odżywia, nawilża. Włosy są bardziej miękkie i błyszczące. I co ważne - nie przetłuszczają się tak szybko. Polecam z całego serca. :)

3. Porażkowa pianka do golenia od Isany. Jedyne, co mi się w niej podoba, to zapach - soczysta brzoskwinka. Nic poza tym. Mało wydajna. Można sobie dzięki niej zrobić krzywdę. Mam wrażenie, że po jej uzyciu moja skóra była tak tępa w dotyku, że maszynka nie chciała po niej sunąć. Ponadto, mimo że produktu było jeszcze trochę w środku, "nakrętka" przestała wytwarzać pianę. Wylewał się pomarańczowy płyn, który miał być pianką. Nie polecam! Na szczęście produkt kosztował marne grosze. :)


Ufff... dobrnęłam do końca. :)
Miałyscie któryś z produktów? 



Czytaj dalej »

piątek, 28 lutego 2014

Złośliwość rzeczy martwych

Dziś niestety krótko i niezbyt przyjemnie.

Mój komputer postanowił się zbuntować i padł.

Nie mam na razie do niego dostępu ani do 35GB zdjęć, które się na nim znajdują, dlatego też nie będzie mnie tu przez dłuższą chwilę.

Mam nadzieję, że niedługo do Was wrócę.

Trzymajcie kciuki za odzyskanie moich danych z komputera. :)

PS Przynajmniej mam teraz wymówkę, aby odłożyć na bok pisanie pracy magisterskiej... :)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 24 lutego 2014

Nowości z Golden Rose

Jakiś tydzień temu złożyłam zamówienie w sklepie internetowym Golden Rose. Jako że jestem lakieroholikiem nie mogłam przepuścić promocji, w której lakier Fantastic Color kosztował jedynie 2 zł (normalnie kosztuje ponad 5 zł).

Kolorów do wyboru miałam całe mnóstwo, więc po długim zastanowieniu wybrałam te zaznaczone poniżej:




Postawiłam na pastele zachęcona nadchodzącą wiosną.. :) Do tego dobrałam pięknie wyglądającą śliwkę, brokatową czerń i brąz.

Niestety okazało się, że koloru 153 nie ma, więc poprosiłam o inny kolor. Gdy przesyłka wpadła w moje ręce, trochę się rozczarowałam. Domyślałam się, że kolory mogą się różnić od rzeczywistych (co firma szczerze napisała na stronie), ale żeby aż tak?

Niestety kolor 153 jednak był dostępny. Niestety, naprawdę niestety... Czy rzeczywiście dostałam ten numer - nie wiem, ponieważ ma liczbę napisaną cienkopisem.

Na szczęście ten róż spodobał się mojej mamie, więc od razu jej sprezentowałam.

Tylko po co ten mejl, że niby nie ma? Nie wiem.. :)

Może zanim skomentuję resztę, sami oceńcie... :)

aparat trochę prześwietlił kolory, niżej widać jej lepiej.. :)

te spełniły moje oczekiwania :)

te już nie do końca...

Hmm, nie czuje się niezadowolona, ale lekko zawiedziona tym, że na stronie zabrakło informacji, czy dany lakier jest perłowy czy nie. Nie lubię takiego rodzaju lakierów. Róż jest tragiczny, naprawdę.. :)

Na szczęście, dwa złote to kwota bardzo mała, więc dużo nie straciłam.. :)

Poza tym chciałam wspomnieć, że wszystko było w jak najlepszym porządku. Kontakt mejlowy błyskawiczny, czas dostarczenia też. Tylko te nie do końca opisane produkty..

No bo niby skąd mam wiedzieć, że 201 jest perłowy, a 211 już nie? :) Może powinnam dopytać?

Na pewno zrobię jeszcze zamówienie na stronie, bo lubię te produkty, ale będę dopytywać... :)

A Wy co myślicie? Czepiam się? :) Może inaczej widzicie te kolory niż ja?
Czytaj dalej »

środa, 19 lutego 2014

I ja zmierzyłam się z legendą.. :)

Kiedyś już Wam wspominałam, że fundamentem mojej pielęgnacji jest oczyszczanie, uwalnianie mojej skóry od zanieczyszczeń całego dnia oraz makijażu.

Nie lubię mleczek, więc prym w mojej łazience wiodą płyny micelarne. Po pierwsze, te, które dotychczas używałam, nie tylko dobrze spełniały swoją rolę, lecz także pielęgnowały moją twarz i właściwie nawilżały.

Dziś będzie mowa o jednym z takich właśnie produktów. Tytuł sugeruje, że będzie to płyn powszechnie
w blogosferze znany i ceniony. 

Przyszedł czas na recenzję płynu micelarnego bebeauty, który możemy dostać w Biedronce. 


Przyznaję, że gdyby nie blogi, nie spojrzałabym na ten produkt. Moja cera była swego czasu kapryśna. Uczulało ją byle co. Bałam się o nią, więc biedronkowy produkt za nieco ponad 4 zł zawsze omijałam
bez większych emocji. Wolałam w twarz inwestować większe pieniądze. :)

kilka słów od producenta :)

Gdy znalazłam już kolejną pochlebną opinię na temat tego micelka, postanowiłam, że go wypróbuję. I nie żałuję! :)

 Dlaczego?

Po pierwsze, płyn bardzo przyjemnie, delikatnie pachnie. Po każdym demakijażu moja skóra czuje się wypoczęta i zrelaksowana. Ponadto po użyciu płynu czuję, że moja skóra oddycha. Najważniejsze, że micel dobrze nawilża twarz. 
Wiem, że niektórzy nie lubią uczucia, jakie zostawia ten produkt na twarzy tuż po użyciu. Moja siostra np. czuje, jakby jej twarz się kleiła. Nic bardziej mylnego - po chwili uczucie znika, a cera jest aksamitna w dotyku. Przynajmniej ja tak to widzę! :)


Jeśli chodzi o samo zmywanie - dobrze sobie radzi, ale nie doskonale. Zmyje podkład, róż, brązer bez większych problemów, lecz z tuszem ma pewne problemy (chyba że to kwestia tuszu:D) . Muszę zużyć wiele wacików, a rano i tak budzę się z małą (bardzo małą, ale jednak) pandą. :)

Wśród wielu zalet możemy niestety znaleźć kilka spraw, które nie będą odpowiadały każdemu. Po pierwsze, powyższy fakt. Po drugie, czasem potrafi szczypać w oczy, szczególnie, gdy jestem mocno zmęczona po całym dniu. Nie wiem, być może, wtedy moje oczy są bardziej wrażliwe.

Podsumowując, mogę stwierdzić, że jest to całkiem przyzwoity produkt za niewielkie pieniądze. Nie robi mi krzywdy, nie uczula. Pielęgnuje i troszczy się o moje lica. :) Dla mnie bardzo na plus. W kolejce czekają kolejne butle. :)

PS Nie jestem pewna, ale chyba przebił mojego dotychczasowego faworyta z Tołpy: podobne działanie, a cena bez porównania. :)


Znacie ten produkt? Polecacie coś z tej serii BEBEAUTY?
Czytaj dalej »

sobota, 15 lutego 2014

Egzotyczne klimaty...

Uwielbiam peelingi do ciała. Gdybym mogła, używałabym ich codziennie. Naprawdę! :)

Mam kilku swoich faworytów, ale lubię poznawać nowe produkty. W tym temacie nie potrafię być wierna. :)

Dziś chciałabym przedstawić Wam mojego ostatniego kąpielowego towarzysza - peeling do ciała Planet Spa z ekstraktem kolumbijskiej kawy z Avonu.

Czy ten produkt zyskał moje uznanie?



Zacznę może od technicznych spraw. Peeling zamknięty jest w wykonanej z miękkiego plastiku (jest takie coś w ogóle?!:D) tubie z zamknięciem na klik. To bardzo rozsądne rozwiązanie. Wystarczy chwila i już możemy się cieszyć naszym produktem na ciele. Nie ma też mowy o wyślizgiwaniu się opakowania z ręki. Tuba nie jest przezroczysta, a mimo to z łatwością możemy kontrolować jej zawartość. Mam wrażenie jakby opakowanie było takie półtransparentne. :)


Zawartość tuby:

Z pewnością mogę powiedzieć, że jest to peeling drobnoziarnisty o niezbyt zbitej konsystencji. Zawarte w produkcie delikatne piłeczki dobrze radzą sobie ze swoim podstawowym działaniem - wygładzaniem. Na pewno nie jest to mocny zdzierak. Jest dużo subtelniejszy, przez co przyjemniejszy w użyciu. :)


Zastanawia mnie jedynie fakt, że na opakowaniu (bez polskich etykiet) nie ma żadnego określenia PEELING. Mamy do czynienia ze słowami GOMMAGE oraz POLISHER.
Polisher, czyli wygładzacz. :) Gommage, czyli ścieranie.

Słowo peeling wprowadza dopiero polska etykieta Avonu.

Wiem, to pewnie nie ma żadnego znaczenia, ale moja polonistyczna (językowa) natura musiała się tu odezwać. :)



Ponadto peeling pięknie pachnie (ale nie kawą :]), jego używanie nie sprawia bólu, jak niektóre tego typu produkty. Pozostawia skórę gładką, pachnącą, delikatną i nawilżoną (ale nie tłustą!). Oczywiście po użyciu produktu musimy zastosować balsam. :)



Dzięki jego delikatnemu działaniu działaniu mogę używać peelingu częściej niż zaleca producent, ponieważ nie widzę żadnych reakcji przeciwko. ;)

MOJA OCENA: 5/5.

Znacie peelingi Avon? Lubicie?
A może podzielicie się ze mną swoim ideałem w tej kategorii? :)


Czytaj dalej »

wtorek, 11 lutego 2014

Moje usta kochają Delię

Jakiś czas temu w moje ręce wpadła płynna pomadka Active Calcium od Delii (dzięki Shinyboxowi). Początkowo kolor mnie przeraził i odrzuciłam ją w kąt.

Moment, w którym do niej wróciłam, nadszedł, gdy spojrzałam w lustro i mojemu makijażowi brakowało tego czegoś. Rzadko maluję oczy, więc mój makijaż wciąż jest nude. Postanowiłam, że ożywię go ustami.

Po pierwszym użyciu pomadki przepadłam.

Dlaczego?

Czytajcie dalej.. :)

kolor nr 10


Pomadka zamknięta jest w typowo "błyszczykowym opakowaniu". Ma również taki sam aplikator. Jej pojemność to 7 ml.


Niestety napisy na opakowaniu szybko się ścierają i wygląda to nieestetycznie (co możecie zobaczyć na pierwszym zdjęciu). 

Co ją odróżnia od zwykłych błyszczyków? 

Pigmentacja.

Może nie jest to pigmentacja porywająca, jak w pomadkach Manhattanu Soft Mat, ale dla mnie wystarczająca. 
Pomadka tworzy na ustach ładny, subtelny i zmysłowy kolor. 

Ożywia moją twarz i nadaje jej zdrowszego wyglądu. :) 




Ale co najważniejsze - nie tylko daje kolor, lecz także pielęgnuje usta. Niesamowicie je nawilża. Po niej moje usta są gładkie i mięciutkie. Aż miło...! :) Bardzo dobrze dawała sobie radę z mrozem, który osiągał -15 stopni. Chroniła moje usta.

Troszkę gorzej jest z trwałością - całego dnia nie wytrzyma na pewno. 

Trzeba dokonywać poprawek, ale...

Dla mnie dokonywanie poprawek to sama przyjemność, ponieważ:
- produkt nie tworzy klejącej warstwy;
- pięknie pachnie (troszkę jak Mamba pomarańczowa).




Dla mnie jest to świetny produkt za niską cenę (ok. 10 zł).

Znacie Delię? Używałyście jakichś produktów tej firmy? 
Co jest Waszym hitem wśród płynnych pomadek? :)
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 jest takie miejsce... , Blogger