sobota, 27 lutego 2016

Metamorfoza pokoju - nowa siła do pisania

Już kilka razy obiecywałam, że wrócę do regularnego blogowania. Wierzcie mi, bardzo chciałam, ale codzienne obowiązki (praca w szkole, korepetycje, w weekendy szkoła podyplomowa) zabierały mi nie tylko siłę, ale i, co najważniejsze, światło do robienia zdjęć!

Nie lubię odwalać chałtury - zdjęcia prześwietlone lampą nie cieszą moich oczu, są jakby brudne, za ciemne. Ciemna była również sceneria naszego pokoju (meble w kolorze olchy z BRW skutecznie zniechęcały mnie do podejmowania sesji z kosmetykami).

A że rok 2016 jest dla mnie rokiem inwestycji w siebie, swoją zmianę na lepsze zaczęłam od wymiany telefonu (głównie ze względu na aparat). Samsung Galaxy s6 Edge robi piękne zdjęcia, ale niestety... z pustego nawet i Salomon nie naleje. 

Trzeba było zmienić wnętrze naszego pokoju... :)

A teraz tak całkiem serio - remont zaczęliśmy nie dlatego, że potrzebowałam dobrego miejsca do zdjęć. Po prostu nadszedł czas na przeprowadzkę. W sierpniu wychodzę za mąż - muszę się powoli przyzwyczajać do tego, że zaczynam (może nie nowe, bo w związku jestem 9 lat), ale na pewno inne życie - czego nie mogę się doczekać.

Dziś chciałabym się z Wami podzielić metamorfozą naszego wspólnego miejsca (na razie jest to jeden pokój), ale wierzę, że wkrótce się to zmieni.

Stara sceneria mnie przytłaczała. Kolor ścian, który zresztą sama kiedyś brałam, stawał się coraz bardziej męczący. Przebywając w pokoju, czułam się przygnębiona. Kiedy nadszedł urlop, złapaliśmy za wałek i zaczęło się...

Zacznę najpierw od pokazania koloru ścian - intensywny limonkowy, czasem trawiasty...



W tle widać kolor mebli - typowe meble Black Red White w kolorze olchy - nie mój styl (zupełnie!)

Próbowałam ratować sytuację dekoracjami....



Tu widać ściany w całej okazałości przygotowane do malowania


A tu w trakcie malowania... :)
Nie było łatwo pokryć ten kolor...


... ale na pewno było warto!



Ale to był dopiero początek... Czekały mnie moje zapasy, tak zapasy wszystkiego i niczego... :)



Na szczęście przyszedł moment odpoczynku...:)







I moje ulubione miejsce...



I jak Wam się podoba moja metamorfoza?

Nie prowadzę bloga wnętrzarskiego, więc to nie jest coś, co nadawałoby się na okładkę magazynu o wnętrzach, ale nareszcie mam swoje miejsce, w którym mogę odpoczywać, sprawdzać sprawdziany (!) i przede wszystkim tworzyć dla Was. :)
Czytaj dalej »

niedziela, 8 listopada 2015

Długa nieobecność - reaktywacja

Przychodzą w życiu takie chwile, że musimy przyjemne sprawy odłożyć na bok. I choć zdaje się, że można znaleźć na wszystko czas, to niestety muszę powiedzieć wprost: nie, nie można.

Nie da się pogodzić miliona spraw jednocześnie. Przyjęłam zasadę, że najpierw wypełniam obowiązki, dopiero później mam chwilę dla siebie. 

I wiecie co?

Od kilku miesięcy tego "tylko mojego" czasu wciąż było za mało. Starczał na spanie (i to najwyżej sześciogodzinne). Aż do dzisiaj...

Oderwałam się od problemów wszechświata, zajęłam tylko sobą. Nie odbierałam telefonów, nie oddzwaniałam.

Człowiek potrzebuje czasem wytchnienia, momentów, w których będzie leżał, gapiąc się w sufit. Dziś wypoczęłam, ale nie, nie wylegiwałam się w łóżku (mimo przeziębienia). Wstąpiła we mnie nowa siła: biegałam z psami (z chorym gardłem i katarem), robiłam porządki, zaopatrzyłam się w trylionowy tusz do rzęs (bo przecież był w promocji), zjadłam opakowanie gwiazdek z Milkyway, posiedziałam przed toaletką, oglądając moje nowe cudeńka z Too Faced, przejrzałam chyba wszystkie artykuły na stronie Ikei.

I poczułam się wolna. Wolna od innych ludzi. Od problemów. Od próśb. Od nakazów, zakazów, przykazów. Od "cennych" rad i wskazówek. Nadeszła pora, by zdjąć maskę, i zacząć żyć tak, jak podpowiada mi serce.




Chciałabym, aby takich chwil było więcej, abym mogła wrócić tu i dzielić się swoją miłością do tego miejsca, klimatu, do Was.

Dlaczego jest trudno?

Od września pracuję w szkole jako polonistka. Starcza mi czasu jedynie na recenzję uczniowskich wypracowań. 

Po godzinach pomagam dzieciom w lekcjach. Wracam późno i jedyne, o czym marzę, to łóżko. Zapominam jeść, pić. Mój bilans to: pięć kilogramów mniej na wadze.

Czas się obudzić. Praca to nie wszystko. Bo chociaż robię to, co kocham (uczę w szkole), to muszę wyznaczyć granicę, gdzie zaczyna się moja sfera, do której chcę zaprosić tylko wybranych.

W najbliższych dniach postaram się pokazać Wam, co nowego wpadło w moje ręce, co mnie zachwyciło, co nie zasługuje na drugą szansę. 

Mam nadzieję, że ja na drugą szansę (a może to już kolejna?) zasłużyłam, i zechcecie do mnie zaglądać. Nie obiecuję, że będę codziennie, ale postaram się wytrwać w postanowieniu, że nie samą pracą człowiek żyje.
Czytaj dalej »

środa, 29 lipca 2015

Wisienka od Golden Rose

Lakiery do paznokci to coś, co uwielbiam. Jestem skłonna ostatnią złotówkę wydać właśnie na nie. 
Wstyd się przyznać, ale dawno nie kupowałam żadnego lakieru. Żadnego! Chyba czas to nadrobić.

Przeglądając swoje zbiory lakierowe, trafiłam na egzemplarz od Golden Rose Rich Color w kolorze pięknej soczystej wisienki (57). A że lakiery Golden Rose są jednymi z moich ulubionych - a może nawet ulubionymi - postanowiłam pomalować paznokcie właśnie nim.

Jak zwykle się nie zawiodłam. Lakier nie jest pierwszej świeżości (nawet nie pamiętam, kiedy go kupiłam), a nie stracił natomiast ŻADNYCH właściwości.

Jego konsystencja nadal jest płynna - idealna - lakier nie ciągnie się ani nie wylewa na skórki. Pędzelek, jak to w lakierach Rich Color, jest szeroki. Aplikacja nim jest łatwa i przyjemna.

Lakier ma piękne, błyszczące wykończenie. Jego pigmentacja też zasługuje na pochwałę. Jedna warstwa może zadowalać. Ja jednak preferuję dwie.

I teraz najważniejsze - trwałość. Moje paznokcie chyba nie bardzo lubią trzymać lakiery. Essie odpadają (nawet nie odpryskują, po prostu odpadają) po jednym dniu. Orly może trochę dłużej. 

Golden Rose trzyma się już 4 dzień i nie widzę większych ubytków. Trochę starły mi się końcówki, ale nic poza tym. Dla mnie to wystarczający powód, żeby uzupełnić zapasy tych lakierów (zaraz pobuszuję po ich stronie internetowej:D).

I żeby nie być gołosłowną, sami zobaczcie, czy nie jest piękny?

 



Biszkopt nie odpuszcza mi żadnej sesji :)




No, pięknie się błyszczy! :)


A co u Was gości na paznokciach? :)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 20 lipca 2015

Chocolate Bar Too Faced i #jezusmariailemnieniebyło

Przydałoby się trochę słów usprawiedliwienia. Choć tak naprawdę trudno mi powiedzieć, dlaczego mnie tu tak długo nie było. Chyba wypaliłam się na jakiś czas. Opuściła mnie wena. 

Praca zabierała mój cały czas. Na myśl o blogu bolał mnie brzuch i miałam wyrzuty sumienia, ale nie potrafiłam wrócić. Testowałam, robiłam zdjęcia i nic. Cisza.

Nie wiem, czy tym razem wrócę na dobre - bardzo bym tego chciała, ale mój niekończący się stres zabiera mi radość z pisania, sprawia, że czuję się przytłoczona i żadne słowo nie jest w stanie powstać w tym miejscu.

Dziś trochę się odkułam i postanowiłam sobie, że małymi kroczkami odbuduję swoją pewność siebie, tę chęć bycia tu, chęć dzielenia się ze światem tym, co kocham.

Zacznę więc od produktu, który w mojej kosmetyczce zagościł już bardzo dawno, zaraz po premierze w polskiej Sephorze. Nie zastanawiając się ani chwili, wrzuciłam do koszyka. A cena (około 180 zł) nie zachęcała.

Pierwsze wrażenie?




Byłam zachwycona. Przepiękne opakowanie, cudowna, słodka woń wydobywająca się z paletki, dobrze napigmentowane cienie w idealnie dobranych kolorach. Czego chcieć więcej?
 
Ano, umiejętności malowania! Po pierwszym razie byłam trochę zawiedziona, bo myślałam chyba, że supercienie nałożą się same w kompozycji samej Maxineczki. 

Nie nałożyły się. I choć zapach czekolady zachęcał do ponownego użycia, nie wracałam do paletki. Miałam chęć nawet ją sprzedać, ale wstrzymałam się.

Drugie podejście skończyło się lepiej, pewnie dlatego, że malowałam razem z youtubem. :) Wtedy poczułam moc cieni - udało mi się wykonać lekki smoky eyes. Nie było to dzieło sztuki, ale na moje możliwości było naprawdę dobrze.


Pewnie niektórzy pomyślą, po co mi paletka z wyższej półki, skoro nie umiem dobrze malować oczu?
No jak to, po co? Bo jest piękna! :) Przecież wiadomo, że większość kobiet kupuje oczami.

Prawdziwy przełom nastąpił jednak w minioną sobotę, kiedy paletka poszła w ruch z okazji wieczoru panieńskiego Kasi.
Udało mi się stworzyć taki makijaż oczu, że gdy patrzyłam w lustro, moja pewność siebie rosła. Powstało coś, o czym zawsze marzyłam (oczywiście w ramach moich możliwości:D). Dziś go nie pokażę, ale mam nadzieję, że niebawem go powtórzę i si pochwalę! :)

Pokochałam cienie miłością nową, wielką i nie mogę doczekać się kolejnego kontaktu z nimi. :)



A co jest w nich tak wyjątkowego?

Po pierwsze, gama kolorystyczna.
Po drugie jakość cieni - długotrwałe (wzmocnione bazą z Joko), dobrze napigmentowane, nieosypujące się.
Po trzecie, pachną czekoladą! Mniam!

Ja jestem bardzo na tak. Szkoda tylko, że tak długo kazałam paletce czekać. :)

Znacie ten produkt? Jakie cienie lubicie najbardziej?

PS Błagam o wybaczenie za nieobecność! :*
Czytaj dalej »

sobota, 2 maja 2015

Wiosenny zajączek

Ostatni czas nie napawał mnie optymizmem. Siadałam do komputera i nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. Żadnego. Robiłam zdjęcia na blog, testowałam, przygotowałam w myślach recenzje. Siadałam przez klawiaturą i nic. Zero.

Dziś się przełamałam. Choć na pewno nie jest to jeszcze to, czego bym oczekiwała.

W tym poście będzie wobec tego skromnie, jeśli chodzi o treść. Pokażę Wam wiosenny, bardziej może wielkanocny manicure, który nosiłam troszkę z przymrużeniem oka. :) Inspiracją był manicure Tamit.

Do stworzenia wiosennego zajączka użyłam:

- limonkowego lakieru z Biedronki (którego trwałość oceniam na 5!),
- szarości Orly,
- pastelowego różu Essie Fiji.

Całość utrwaliłam Seche Vite, który wciąż jest bezkonkurencyjny. :)

Niestety musiałam ostro zretuszować moje skórki, które przeżywają obecnie kryzys. :)







 A na koniec mój wytrwały towarzysz w robieniu zdjęć:


Biszkopt :)


PS Obiecuję, że teraz będę tu częściej. :)
Czytaj dalej »

poniedziałek, 23 marca 2015

Miało być tak pięknie...

... miało nie wiać w oczy nam i ociekać szczęściem. Miało być sto lat, sto lat...

Długo mnie nie było. Dużo się zmieniło - i wokół mnie i w mojej głowie. Siadałam do komputera, wlepiałam oczy w monitor i czułam pustkę. Zupełną pustkę. I nie dlatego, że nie miałam o czym pisać.
Czułam (a może lepszym słowem byłoby nie czułam), jakby ktoś odebrał mi wrażliwość, jakiekolwiek odczucia. Byłam pogrążona w apatii. Zresztą może wciąż jestem?

Ostatnie dni, tygodnie zupełnie pomieszały mi w głowie. Smutek przeplatał się ze radością, tragedia ze szczęściem. Nadzieja, wiara zupełnie straciły dla mnie wartość.

Dlaczego?

W zeszłym tygodniu odszedł mój kolega. Ot tak. Nie zdążył się pożegnać. Nie dopił herbaty. Ciuchy rzucone gdzieś w kąt zapewne wciąż czekają na następny dzień, telefon wciąż czeka na odczytanie wiadomości, my wciąż czekamy aż On wróci. Ale nie wraca. Nie wracał też przez ostatnie dwa tygodnie, gdy z nadzieją i strachem staliśmy w szpitalnej sali, wsłuchując się w rytm bijącego serca, wpatrując się w ruchy klatki piersiowej napędzanej respiratorem. Nie wracał, gdy mówiliśmy i prosiliśmy, aby walczył. Nie wracał, ale na pewno słyszał, czuł, gdy dotykaliśmy jego dłoni.
Nie wrócił, choć miał dopiero 24 lata.
Wszystko działo się bardzo szybko - wylew krwi do mózgu, operacja, śpiączka. On wiedział, co się dzieje, bo przecież to był już drugi raz.
Dlaczego?
W takich chwilach wątpię w cokolwiek, co jest nade mną. Wątpię, czy cały światopogląd wpajany przez lata nie jest mrzonką, urojeniem. I nie dlatego, że cierpię po śmierci kolegi. Po prostu wszystko zaczyna się rozpadać. Nic do siebie nie pasuje. Miłosierdzie przeplata się ze złem, ułudą, korupcją, nawet i przestępstwami.
I nie chodzi mi nawet o poczucie niesprawiedliwości, że to właśnie On umarł. Dla mnie po prostu te ideały straciły znaczenie. Tłumaczenie straciło sens. 

Nie potrafię się skupić. Nie wierzę w to, co się stało. Mam wrażenie, jakbym za chwilę spotkała Go gdzieś na ulicy, czasem niezdarnego, ale wiecznie uśmiechniętego, wierzącego w ludzkie dobro. Czasem też naiwnego, ale naiwnego przez swoje za dobre serce, na wyrost ufającego ludziom, nieskarżącego się na swoje problemy, zadowolonego z życia.

Zabrano Go nam, choć miał dopiero dwadzieścia kilka lat.

____________________________________________________________________________

PS Mam nadzieję, że wkrótce odzyskam siły do blogowania. Trzymam za to kciuki.


autor: M.S (moja siostra)



Czytaj dalej »

piątek, 30 stycznia 2015

Make-up Blender od Syis - przydatne akcesorium czy niepotrzebny gadżet?

Wracam po prawie miesięcznej przerwie ze zdwojoną siłą. Styczeń był dla mnie miesiącem ciężkim i ledwo znajdowałam czas dla siebie.

Poza tym był miesiącem zmian - wielkich zmian. Dziś dostałam nową pracę, zaraz lecę pierwszy raz od dłuższego czasu potańczyć.

Czas zacząć cieszyć się chwilą i nie bać się podejmować ryzyka.

Ale teraz nie o tym. :)

Dziś pod lupę biorę gąbeczkę do rozprowadzania podkładu Syis, którą znalazłam w czerwcowym Shinyboxie.


Początkowo nie wierzyłam w moc jakichkolwiek jajek. Słyszałam o Beautyblenderze, ale, przyznajcie szczerze, prawie 100 zł za gąbkę nie jest wariactwem?!

Dziś wiem, że nie jest i już za chwilę składam zamówienie na moje pierwsze oryginalne jajo.:)

Wracając jednak do Syis...

Gąbeczka bardzo dobrze spełnia swoje zadanie, ale należy podkreślić, że używam jej do codziennego (zwykłego) makijażu. Nie maluję zawodowo, więc trudno ocenić mi jej trwałość. Swój egzemplarz mam od czerwca i nie widzę większych ubytków.

Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to długość wysychania. Nie trzymam gąbki w firmowym opakowaniu, jak zaleca producent. Kiedyś w nim trzymałam, ale gdy zobaczyłam czarne plamki (grzyb chyba) musiałam pożegnać się z jajkiem. 

Ale od czego są promocje w Shinybox. Miałam okazję zamówić pudełko w promocyjnej cenie i drugie jajko przywędrowało do mnie.


Gąbka świetnie stapia podkład ze skórą, ale jest dla mnie zbyt twarda - czuję to szczególnie na delikatnej skórze pod oczami. To chyba jedyny jej minus.
Ponadto podkład nałożony Make-up Blenderem trzyma się na mojej twarzy dłużej i wygląda naturalnie. Widzę dużą różnicę, gdy gąbki nie użyję.

Czy kupiłabym ją za cenę producenta (50zł)? Chyba nie. Jeśli miałabym wydawać większą kwotę na takie cacko, sięgnęłabym po BB.

Ogólnie mówiąc, oceniam gąbkę na solidną czwórkę. Może byłabym mniej przychylna, gdybym wydała na nią 50 zł, ale, patrząc na to, że miałam ją za niecałe 10 zł, moje odczucia są pozytywne.

Chętnie po nią sięgam, nie wyobrażam sobie bez niej makijażu, ale do ideału jej trochę brakuje. Choć na własny użytek, do mało wymagającej cery jest naprawdę ok. :)





Miałyście do czynienia z tym produktem? Czy polecacie tego rodzaju akcesoria? Macie swoje ulubione?:)
Czytaj dalej »

wtorek, 6 stycznia 2015

Hity 2014


Z lekkim spóźnieniem przedstawiam Wam to, co w minionym roku sprawiło mi dużo przyjemności. Po pierwsze, są to kosmetyki (i jedno akcesorium), które zasługują na uznanie z kilku ważnych powodów. Po drugie, znalazły się tu także: najszczęśliwszy moment mojego życia oraz najsłodsze pociechy 2014 roku. :)


Pierwszym kosmetykiem, który podbił moje serce w ostatnich miesiącach, jest podkład Rimmel Lasting Finish w kolorze ivory (100). Powiem szczerze, że nie wierzyłam w jego szczególne właściwości podczas zakupu. Szukałam nowości, a że w Rossmanie była wtedy promocja 1+1, postanowiłam go kupić. Nie żałuję.
Podkład nie tylko kryje, lecz także nawilża. I to nie byle jak. Dla mojej normalnej (czasem suchej) skóry jest wybawieniem. Nie wysusza jej ani nie wysycha nieestetycznie na policzkach. Często podkłady mi to robią (np. Healthy Mix). Może to zasługa zawartego w podkładzie serum?
Najważniejsza jednak w tym produkcie jest trwałość. Niesamowita. Makijaż wytrzymuje cały dzień (bez żadnej bazy) w każdych warunkach: mrozie, stresie, parującej kuchni. :) 
Dla mnie jeden z lepszych produktów Rimmel, przebił zdecydowanie Wake me up. I wiem, że sięgnę po niego znów.



Aby makijaż był dobrze wykończony, potrzebny jest puder. Moim ulubieńcem okazał się Invisible Powder Makeup od Estee Lauder w kolorze 1CN1 ECRU. W opakowaniu wygląda na ciemny, jednak pierwsza aplikacja pokazuje, że dla mojej jasnej karnacji jest dobry.
Co mnie w nim zachwyciło? Po pierwsze sama puderniczka - elegancka, z klasą. Ale to nie to przesądziło przecież o tym, że zajął zaszczytne miejsce w hitach 2014 roku.
 Puder zostawia twarz subtelnie rozświetloną, satynową. Matuje lekko twarz, ale nie jest to nachalny mat, a delikatne rozświetlenie. Poza tym jest naprawdę niewidoczny, a działa. :) Cena lekko zniechęca, bo to aż 190 zł. Ja na szczęście kupiłam z rabatem. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to aplikacja. Ja widzę efekt tylko przy użyciu dołączonej do produktu gąbki. Ale chyba po to jest, więc to nie jest aż taki mankament. :)



na twarzy te drobinki nie są aż tak widoczne
Moim kolejnym hitem jest korektor Collection Lasting Perfection (dawne Collection 2000). Jest niemożliwy! :) Ukrywa wszystko i trzyma się długo. Nie zbiera się w załamaniach (no może czasem, jak mam gorszy dzień:D). Mój jest w kolorze najjaśniejszym FAIR i jest idealny. Posiadam też ciemniejszy, ale tamten, mam wrażenie, ma pomarańczowe tony.
Co dla mnie ważne, nie wysuszał mi delikatnej skóry pod oczami (jak np. było w przypadku kamuflażu od Catrice). Wadą jest opakowanie - literki bardzo szybko się starły i ostatnio zaczął przeciekać.


Ostatnim produktem do makijażu jest rozświetlacz z paletki trzech pudrów do konturowania LOVELY Sculpting. Puder Shine spełnia wszystkie moje oczekiwania: jest bardzo trwały, daje delikatne rozświetlenie, ale nie jest to brokat, tylko malutkie drobinki, pięknie mieniące się w słońcu. :) Dla mnie produkt udany, chętnie po niego sięgam.





Postanowiłam umieścić tu także wazelinę Vaseline, która pomogła moim ustom w najgorszym czasie. To naprawdę bardzo dobry produkt do wszystkiego. Doprowadził moje spierzchnięte, popękane usta do ładu. Do tego poręczne, wpadające w oko opakowanie. Czego chcieć więcej?:)


Warto również zwrócić uwagę na Ujędrniające serum z pyłkiem opalizującym z serii Resort Spa Ireny Eris. Jest to bardzo dobry produkt, idealnie spisujący w okresie letnim. Nie tylko nawilża i ujędrnia skórę ciała, lecz także pięknie ją rozświetla. A ja sroka kocham drobinki! :) Mam wrażenie, że przy dłuższym stosowaniu poprawia koloryt skóry. Do tego pięknie pachnie! :)


Ostatnim produktem kosmetycznym jest pędzel Real Techniques Contour Brush, zaprojektowany przez Samanthę Chapman. Dlaczego go lubię? Po pierwsze, za kształt - jest malutki, łatwo się nim konturuje twarz (mimo że nie umiem tego robić:D). Poza tym ma delikatne, miękkie włosie. Łatwo się go myje. Jest wytrzymały i solidnie wykonany. Dla porównania skuwka pędzla do różu z Hakuro (przy takim samym myciu) już się rusza. W tym pędzlu nie zauważyłam żadnego uszczerbku. Podoba mi się również jego design


Hitem 2014 roku jest również to, co noszę od ponad dwóch tygodni na palcu.:) Nie spodziewałam się tego i nie sądziłam, że po prawie 8 latach związku mogę aż tak się zawstydzić i zestresować. :)


I ostatnie są moje ukochane psiaki. Niestety nie wszystkie mogą ze mną zostać. Cztery pojadą już niedługo do swoich właścicieli. Ale jeszcze mogą cieszyć się ich obecnością. Są słodkie i powodują uśmiech na mojej twarzy. :)


Podsumowując, z pewnością stwierdzam, że rok 2014 był rokiem udanym, pełnym niespodzianek, sukcesów: otrzymałam tytuł magistra, znalazłam pracę, zostałam narzeczoną, wkrótce zostanę ciocią. Było też trochę smutnych zdarzeń (śmierć dziadka) i przeciwności, ale wspólnymi siłami z najbliższymi udało nam się w jakiś sposób wrócić do rzeczywistości i cieszyć się z tego, co się ma.

Znacie któregoś z moich ulubieńców? Co Was w ubiegłym roku szczególnie ucieszyło, poruszyło? CO zostało Wam w pamięci na dłużej?:)
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 jest takie miejsce... , Blogger